RECENZJA

STEPHEN KING (jako RICHARD BACHMAN)

Wielki Marsz

WYDAWNICTWO: Prószyński i S-ka
ROK WYDANIA: 2008
ILOŚĆ STRON: 264

3, 2, 1, START

Gdzieś w Ameryce – stan Maine. Doroczny marsz gromadzi na linii startu stu chłopaków. Nie mogą się zatrzymać ani iść wolniej niż 5 km/h. Za każde odstępstwo od regulaminu – ostrzeżenie. Godzina marszu wymazuje jedno ostrzeżenie. Maksymalnie trzy ostrzeżenia na zawodnika. Czwarte ostrzeżenie oznacza wycofanie z wyścigu, czytaj: rozstrzelanie na oczach widzów i śmierć. Wygrywa ten, który ostatni pozostanie przy życiu.
Brzmi niewiarygodnie, a zarazem realistycznie, nieprawdaż ?

MARSZ

Ograniczenie miejsca akcji do trasy wyścigu, a bohaterów książki do jego uczestników, powoduje iż fabuła przechodzi do mikro skali. Skali, gdzie każdy najmniejszy gest ma swoje znaczenie, słowo sens, a zwykłe miasteczko mijane po drodze urasta do rangi wydarzenia.
Dzięki temu zabiegowi miałem wrażenie iż sam uczestniczę w tym morderczym marszu. Przeczytane słowa i zdania były jak kolejne kroki, przybliżające mnie do mety. Wrażenie zupełnie jak z gier FPP, gdzie obserwuje się akcję z perspektywy pierwszej osoby. Nigdy wcześniej nie odczułem podobnej imersji w książce.

Mocno kibicowałem chłopakom. Na trasie marszu zżyłem się z Rayem Garratym, Petem McVriesem, pozerskim Olsonem czy tajemniczym, milczącym Stebbinsem. Przez kilka godzin lektury, to była moja paczka i moi znajomi. Chciałem podtrzymywać ich na duchu, rozmawiać, być z nimi. King wciągnął mnie do swojego świata i za to chciałem mu w tym miejscu podziękować (tak jakby zaglądał na Milczenie Liter, wiem, to żałosne).

Stebbins to ten drugi z lewej.

Być może przy tworzeniu postaci Stebbinsa, King inspirował się amerykańskim lekkoatletą Richardem „Dickiem” Stebbinsem, który na olimpiadzie w Tokio (1964 r.) zdobył złoty medal w sztafecie, bijąc przy okazji rekord świata.

META

„Wielki Marsz” to King pragmatyczny, prosty, odarty z fajerwerków.

I brudny. Fabuła – pulsująca w rytm kroków marszu – jednostajnie i z mozołem posuwa się naprzód.
Nie rozgałęzia się i nie komplikuje. Jest tylko tu i teraz.
Czytelnik, rozpieszczony przez galopujące, pełne zwrotów akcji współczesne powieści, musi się do tego rytmu dostroić. W przeciwnym razie szybko zostanie wyeliminowany.

Minusy ? Być może zakończenie…. Autor nie wytłumaczył wprost, skąd idea marszu, dlaczego społeczeństwo daje przyzwolenie na bezlitosne mordowanie tych, którzy nie dają już rady ?

Pozorne rozczarowanie zakończeniem szybko ustąpiło, gdy tylko zdałem sobie sprawę co King chce tak naprawdę powiedzieć. Kluczem do interpretacji są – moim zdaniem – cytaty z teleturniejów zamieszczone na początku każdego rozdziału. Czy rozrywkę od śmierci oddziela rzeczywiście tak cienka linia ? Czy czyjaś śmierć może być dla innych rozrywką ? Czy przypadkiem już tak nie jest ?
Zimny, nieprzyjemny dreszcz przeszedł mi po plecach.

„Wielki marsz” to doprawdy przerażająca powieść, jedna z najlepszych w dorobku Kinga.

Skomentuj