RECENZJA

JOSE SARAMAGO

Baltazar i Blimunda

WYDAWNICTWO: Rebis
ROK WYDANIA: 2012
ILOŚĆ STRON: 392

„Wszyscy mężczyźni są źli, każdy na swój sposób”.

Wyobraźmy sobie sytuację że kogoś bardzo kochamy i że ten ktoś znika, nagle i bez żadnej zapowiedzi – co wtedy zrobimy, czy będziemy tej zguby szukać a jeśli tak to jak długo, na ile wystarczy wytrwałości i siły i kiedy się w końcu ta miłość skończy, a jeśli nawet się nie skończy to ile może potrwać takie szukanie – a trwać może wiele lat – i najgorsze to, że nie ma żadnej gwarancji, żadnego rachunku prawdopodobieństwa, który powie: jeszcze dzień, dwa, miesiąc i odnajdziesz swoją zgubę, powiadam Ci, a to jeszcze wcale nie koniec, bo załóżmy że nawet jeśli uda się zagubionych odnaleźć to zawsze mogą być już trupami

Tak właśnie wyobrażano sobie opisaną w powieści passarolę.

albo z nas uczynią trupów gdy zobaczymy że życie już sobie na nowo ułożyli i to bez nas, ojejku ojejku, zakrzyknął ktoś i ma racje bo zboczyliśmy trochę z tematu a rzec trzeba słów kilka o bohaterach tejże powieści, a są to: Blimunda – niewiasta niezwykła, która potrafi zaglądać ludziom w dusze (ale tylko wtedy gdy jest na czczo) oraz Baltazar zwany „Siedem słońc” (co ciekawe aż do końca nie wiadomo skąd takie przezwisko się wzięło), zwolniony z wojska po utracie lewej ręki w bitwie pod Jerez de los Caballeros, a do tego nędznego kikuta doczepić sobie może hak lub szpikulec – wedle potrzeby, także Blimunda i Baltazar poznają się podczas publicznej egzekucji – gdzie na wygnanie zostaje skazana m.in. matka Blimundy – i splątani zostają węzłem miłości, wspólnych marzeń i pragnień, a teraz uwaga,ciekawostka: przez większość stron towarzyszy zakochanym postać autentyczna: ks. Bartłomiej Wawrzyniec (ciekawa persona: ksiądz i heretyk w jednej osobie), lub też Bartolomeu de Gusmao jak się sam wolał zwać, twórca passaroli – prototypu statku latającego o wyglądzie ptaka, który w powieści wzbija się w powietrze napędzany ludzką wolą, zebraną uprzednio do szklanych kul przez Blimundę, a dlaczego rozpoczęliśmy tę recenzję od motywu poszukiwania – a no, bo to właśnie nasza Blimunda stanęła przed podobnym dylematem, ale nie zdradzę jak mocna okazała się jej miłość i czy swoją baltazarową zgubę odnalazła, zdradzę natomiast że na innej płaszczyźnie fabuły obserwujemy budowę monumentalnego kompleksu klasztorno-pałacowego w Mafrze, wzniesionego przez króla Portugalii Jana V w podzięce za obdarowanie go potomkiem, obiekt ten jest ogromny – wznosiło go kilkadziesiąt tysięcy ludzi, a zajęło im to 13 lat – a teraz , wybaczcie proszę, kolejny przerywnik z cytatami , które choć zacne i mądre – nijak nie pasują do już zostało i co dopiero zostanie napisane w tej recenzji:

„Ciekawe, dlaczego starzy zawsze milkną w chwilach, kiedy powinni dalej mówić, dlatego właśnie młodzi muszą się uczyć wszystkiego od początku”.
+++
„Może to i racja, że przez usta dziecka przemawia prawda, lecz żeby ja wypowiedzieć, musi najpierw dorosnąć, a wówczas już zaczyna kłamać.”

a dodać jeszcze trzeba że figlarz Saramago dodał sam siebie do powieści i w jednym momencie z pozycji pisarskiego kreatora i mistrza zredukował się do czwartoplanowej postaci ukrytej we wnętrzu własnej książki:
„Ot, dla przykładu. co powiedzieć o (…) tym okazałym Mulacie z wyspy Caparica, który nazywa się Manuel Mateusz, ale nie jest żadnym krewnym Siedmiu Słońc, ma on przydomek Saramago, ale kto go tam wie, kim byli jego przodkowie, jest sławnym czarownikiem i właśnie za to został skazany.”
– chociaż może to być też aluzja w stronę jego ojca, który miał na nazwisko de Sousa a Saramago było jedynie jego przydomkiem; ale mniejsza o to, powiedzcie zatem sami – jak tu traktować takiego poważnie, skoro to kawalarz pierwszego sortu i miotacz ironii, którą to miota w co drugim zdaniu, a każdy z tych miotów ma swój cel, sens i logikę, a logicznym posunięciem będzie również zmierzanie do końca tej recenzji – warto więc jeszcze nadmienić że Saramago (nie czarownik, tylko ten prawdziwy) kolejny raz w swojej twórczości („Miasto ślepców”, „Miasto białych kart”) porusza wątek wzroku, postrzegania świata i ludzi w inny sposób, zmuszając do refleksji, a być może także rewizji pochopnego i powierzchownego zerkania na świat, bez próby dotarcia do głębi – my za to dotarliśmy do części podsumowującej, która brzmi tak: mamy tu do czynienia z piękną historią o wierności, marzeniach, wytrwałości i miłości, z historią opowiedzianą za pomocą niezwykle barwnego języka i oryginalnej składni (długalaśne zdania przetykane gdzieniegdzie znakami przestankowymi, dialogi wtopione w ów językowy konglomerat), z dużą dawką poczucia humoru i ironii, co czyni tę powieść jedną z lepszych jakie ostatnio czytałem, a Saramago (prawdziwy, nie ten czarownik) w „Baltazarze i Blimundzie” prezentuje doprawdy wyśmienitą formę, jeśli jednak ta recenzja jest dla Was niestrawna i chaotyczna to nie sięgajcie nawet po książkę ponieważ jest napisana w dokładnie takim samym stylu, choć oczywiście tysiąc razy lepszym, na wieki wieków amen.

Skomentuj